malarstwo i Ty - sztuka z bliska

®

Witam serdecznie! Informację o moim wykształceniu, a więc uzasadnienie mojego świadczenia „usług edukacyjnych w zakresie kultury i sztuki w tym malarstwa” można znaleźć najszybciej na podstronie kwalifikacje, natomiast dane dotyczące mojej działalności gospodarczej można przeczytać na przykład na podstronie oferta.

Flaga Szwecji Flaga Francji Flaga Polski

Rozmaitości: Rozumiem to tak, a Ty?Rozmaitości: nasze eko

O czym nie maluję na moich obrazach? O powołaniach

Prawdziwe powołanie rozpoznane w normalnych warunkach egzystencjalnych, czyli to co najlepsze co w ogóle może nam się w życiu jako droga życiowa przydarzyć, jest odczytane prawidłowo wtedy, gdy nie tylko znajdujemy to miejsce w relacji do świata, w którym na stałe czujemy/wiemy, że to jest właśnie to, ale wtedy gdy znajdujemy to miejsce i dodatkowo upewniamy się i to wiele razy, że naprawdę nikogo nie zjadamy oraz, że i nas nie zjadają (choć pomagamy, to nie jedzą nas, a to czego nam zbywa, a jeśli nam ktoś pomaga, to też nie tyle bierzemy, żeby go zrujnować, ale tyle, żeby go ucieszyć, że ma możliwość pomagać [ewangeliczna wdowa chyba dała się zrujnować]), czyli że żyjemy łaską Bożą, czyli posilają nas sakramenty, modlitwa, serdeczność, własna droga nawrócenia. Co bywa zjadane? Cudza praca naukowa, cudza własność intelektualna, cudzy styl, cudze pomysły, ludzka godność itd. Kiedy to wszystko nie jest zjadane, a służy wielu ludziom? Właśnie w serdeczności, ale rozumianej mniej dosłownie.

***

Nie wiem, może się mylę, ale uważam, że jak trzeba iść pomagać, żeby chrześcijaństwo, które całą swoją tożsamością opowiada się za dobrem, czyli za miłością (nie za pożądaniem, tylko właśnie za miłością w całym jej - dostępnym człowiekowi - pięknie i sensie), za wiarą w Boga, który niczego nie niszczy, a co tylko się da ratuje, który nie morduje, a wskrzesza, to się idzie. To się niesie swoje ręce i swoje nogi jak w czasie zagrożenia powodziowego na wały, żeby je umacniać. Daje się siebie na "ofiarę miłą i Bogu przyjemną", czyli idzie się do seminarium na księdza, do zakonu na siostrę zakonną, do tercjarstwa na świętego świeckiego, do kościoła na Mszę św., do jakiegoś księdza na darmową rozmowę, żeby nie wydać 80-150 na psychoterapeutę, do sąsiada zrobić dobry uczynek, bo do tego zachęca Kościół itd. Człowiek nie może się dać zaszczuć, żeby nic nie było widać, bo się wtedy z tego porobi jakiś ohydny okultyzm, czyli coś ukrytego przez zastraszenie, a do tego nam nie wolno dopuścić.

***

Powołanie do oddania siebie Bogu, co w większości przypadków uzewnętrznia się powołaniem do konsekracji (ukrytej, jawnej) lub do kapłaństwa (nie dotyczy kobiet) przejawia się m. in. tym, że dla osoby powołanej podstawowym źródłem sił do życia jest modlitwa i sakramenty, a nie praca i relacje. To też, ale dopiero w drugiej kolejności. Jeśli pozbawi się ją tego pierwszego pokarmu, marnieje. Jeśli dostanie dużo miłości od ludzi, przeżywa dłużej. Jeśli się ją zawali obowiązkami w ilości, która uniemożliwi codzienne zaczerpnięcie sił z modlitwy i sakramentów, będzie to zmarnowany człowiek. Innymi słowy: powołanie do konsekracji lub do kapłaństwa to życie na ziemi, które już tu nie miało żyć (niekoniecznie w innym sensie niż sens duchowy). Tu w ogóle nie może być mowy o nerwicach. To kompletne nieporozumienie. Po takim uratowaniu nawet nerwica ucieszy. Człowiek, który chodzi w obecności Bożej chodzi szczęśliwy, że żyje. Wiadomość o tym, że ktoś rozeznał u siebie powołanie do konsekracji lub kapłaństwa jest zawsze dobrą wiadomością, ponieważ oznacza właśnie także i to, że osoba powołana została np. cudownie przez Pana Boga przywrócona życiu lub uratowana z jakiegoś strasznego zła albo pochwycona przed jakąś tragedią, o której tylko Pan Bóg wie, że miała się wydarzyć. Powołanie do oddania siebie Bogu nie oznacza, że takiego człowieka trzeba pozostawić samemu sobie, bo wtedy będzie zmarnowanie tego powołania. Ludzie tęsknią za Bogiem, to fakt, a powołanie to Boża inicjatywa powstrzymywania tej tęsknoty. Trzeba jednak pamiętać, że ludzie tęskniący za Bogiem, tęsknią też za dobrymi relacjami z innymi wspaniałymi ludźmi. To przecież powinno być oczywiste. Można by pewnie pisać o tym książki-świadectwa. R.K.

***

Kapłanom nie tylko trzeba pomagać, kapłanom da się pomagać. Ale dlaczego trzeba? Ponieważ dają nam pokarm, czyli życie. Nie tylko osobom, które w pełni uczestniczą we Mszy świętej, ale także pośrednio tym, którzy się pogubili. Co to znaczy, że się da pomagać? To, że jeśli będziesz pamiętać, że kapłani - obojętne czy świeccy czy zakonni - niosą ciężary, które biorą na siebie np. słuchając spowiedzi (ale nie tylko w ten sposób), to będziesz mieć dla nich, jako ludzi, więcej zrozumienia i wybaczysz, jeśli zobaczysz ich jakieś przewinienie, a jak wybaczysz, to może ten ksiądz, który coś tam źle kiedyś zrobił, a trudno, żeby czasem nie zrobił, jak też jest człowiekiem, więc może ten ksiądz, jak mu wybaczysz, nie załamie się, kiedy zrozumie, że coś tam zrobił źle i nie zrezygnuje z kapłaństwa. Jest potrzebny, bo Pan Jezus go wybrał. Poza tym brakuje też nowych powołań. To niekoniecznie jest do znalezienia w statystykach, które ujmują wszystko razem. Brakuje na pewno. W Polsce też. Skąd wiem? Wiem. Księża są już nie tylko przemęczeni, ale też nie zawsze są w stanie podołać wszystkim kapłańskim obowiązkom, więc brakuje. Dobrze, wyjaśnię jeszcze i to: kiedy wiadomo, że nie są w stanie podołać wszystkim swoim obowiązkom? Wtedy, kiedy tych obowiązków jest tyle, że aby je wypełnić powinni być w tym samym czasie w dwóch, a bywa nawet, że w trzech miejscach i w każdym z tych miejsc są niezbędni. Ale powołanie to dar od Boga, a nie etat. To coś takiego, co jest jak niewidzialna paczka, w której jest dla Ciebie szczęście. Jeśli jednak dla Ciebie szczęściem jest sakramentalny związek małżeński, nie rezygnuj z takiego związku. W większości przypadków nie wolno rezygnować ze szczęścia. Ożeń się i... zostań diakonem.

***

Kiedy ktoś ma rozeznane powołanie do życia konsekrowanego, a kierownik duchowy zaleci drogę małżeństwa, to jest to wskazanie drogi pewnej do świętości, bo drogi białego męczeństwa tej osobie, ponieważ ta osoba z posłuszeństwa podejmie taką drogę, gdyż ma powołanie do posłuszeństwa. Ukryje swoje cierpienie, z męstwem podejmie ten rodzaj życia i na pewno będzie święta, a jeszcze dodatkowo pomoże dojść do świętości Najbliższym (mężowi, dzieciom, a może nawet wnukom). Jak św. Joanna Beretta Molla. Tylko nie wiem czy to jest na pewno humanitarny sposób na świętość (to co tu napisałam, w tym akapicie, wymyśliłam 25 czerwca 2016 roku, a o sensie powołań myślę już sporo lat, więc myśl w tym akapicie wcale jest taka łatwa jakby się mogło wydawać kiedy się ją czyta, jako już gotową).

Tu chyba byłby obszar do pracy dla psychoterapeutów o naprawdę wysokich kompetencjach i serio prawym sumieniu: osoby, które nie rozeznały w porę powołania do życia konsekrowanego lub pewnie też i do kapłaństwa, a potem wstąpiły w sakramentalny związek małżeński mogą mieć bardzo pokomplikowany obraz własnej historii. Jeśli ich związek się "posypał", jeśli podjęli nowy, jeśli dalej cierpią i szukają pomocy w psychoterapii, to trzeba im pomóc rozeznać właśnie sprawę powołania. To nie jest nie do uratowania życiowa sytuacja. To jest nawet bardzo dobra wiadomość. Osoby powołane do małżeństwa, jeśli żyją samotnie, według mnie nie powinny się zgłaszać do jakiegoś zakonu na zasadzie "może to wytrzymam", ponieważ dla nich ulgą w cierpieniu powinno być czekanie, szukanie tej "drugiej połowy" i modlitwa o dobrego męża czy o dobrą żonę, a jeśli kobietom w tym czekaniu przeszły już lata do fizycznego macierzyństwa, to nawet myśl o możliwości adoptowania dziecka lub dzieci powinna choć odrobinę pocieszyć. To jest "spadek" po PRL-u: te nierozeznane powołania zamotane w życiowe historie innych niż zaplanowane przez Pana Jezusa zdarzeń, a nie przemoc w rodzinie (psychoterapeuta-wilk też pomoże rozeznać prawdziwe powołanie, ale niestety w taki sposób, że najpierw doprowadzi osobę powołaną do życia konsekrowanego do rozpaczy, żeby sobie przypadkiem nie pomyślała, że taka święta [prawda na pewno przedostanie się do rozmów tylko, że zostanie najpierw wykpiona, potem wyszydzona, a jak i to nie "pomoże", to jeszcze potem okradziona z wszelkiej miłości, czyli doprowadzona do... np. anoreksji {nie endogennego, ale freudogennego jadłowstrętu psychicznego} i skrajnego wyczerpania fizycznego zagrażającego życiu {w jaki sposób? przez powtarzające się poniżanie, przez trudny do zrozumienia dotyk i jeszcze przez wulgarność sugestii, które musi się przepracowywać, aby się od nich uwolnić i aby zdołać przebaczyć, co jest przecież koniecznym warunkiem dobrej modlitwy}]; czasem może się też zdarzyć grupa terapeutyczna-stado wilków: wtedy problemem okazuje się... brak freudogennych skojarzeń, a czasem bywa jeszcze tragiczniej, ponieważ trafia się w takie układy, że dotyk jest OK., poniżanie jest prawie nie do rozpoznania, ponieważ co tylko się uda ukryć, "realizuje się" w bardzo konkretnych i czytelnych gestach szacunku, freudogennych reakcji nie ma skąd być, ponieważ człowiek "lata" w przestworzach własnych urojeń na temat albo estetyki, albo mistyki, albo nawet mądrości, ale całość podprowadza pod ohydną idolatrię; jak rozeznać, że się człowiek dostał w coś w tym stylu? nie łatwo, czyli po owocach: udało mi się może dwa razy w całym moim dotychczasowym (teraz mam 47 lat) życiu w porę połapać, że za jakąś proponowaną radością wcale nie było miłości, a tylko złość [złości się nie asymiluje! porzuca się ją lub uwalnia się od niej]).

***

Kobieto bardzo młoda, która dopiero uczysz się życia! To, że się zakochałaś szczęśliwie nie oznacza, że na 100% masz powołanie do małżeństwa. Potrzeba czasu i modlitwy (nie tylko Twojej, zamów w tej intencji Mszę św. [dziś mamy 2 lipca 2016 r.; ofiara godna dla kapłana od jakiś 10 lat utrzymuje się na poziomie 50 zł]), aby to rozeznać z całą pewnością. Jeśli jednak przeżywasz taką wielką miłość, że wydaje Ci się, że to jest na pewno to, spróbuj pamiętać, że ten, którego kochasz, po pierwsze może inaczej niż Ty rozumieć miłość, a po drugie może wcale nie zdawać sobie sprawy z tego, że jesteś dziewicą, choć Tobie się wydaje, że to powinno być widać i nie trzeba na to słów. Potrzeba tu Twojej mądrości jak postąpić, aby nie doszło do tragedii. Jeśli jednak miłość okaże na pewno tą właściwą, weź na bardzo serio tę moją radę: od tej chwili bardzo uważaj na inne młode, ale też trochę starsze kobiety. Uwierz mi, że bywają też kobiety przebiegłe i podstępne. Nawet potrafią się zaczaić. Ale Ty nie musisz być młoda i naiwna. Ty możesz być młoda i mądra. Ale jeśli Ci się to przypadkiem nie uda (ta młodość i mądrość), to już teraz lepiej, żebyś wiedziała i spróbuj to sobie zapamiętać, że i tak zwycięża miłość. Nie załamuj się!

***

Bardzo młody, zakochany w pięknej dziewczynie, chłopaku! Potrzeba delikatności, ale nie kłamstw. Kłamstwo się nie opłaca. Wyciska potem hektolitry życiowych łez. Po co Ci kłamstwo? Jeśli czujesz, że kochasz, tym bardziej wybieraj prawdę! Ona to doceni. Jeśli nie doceni, to niech jak najszybciej idzie od Ciebie. Naprawdę bywają kobiety niewarte wartościowych chłopaków, tzw. panny głupie.

Krótki utwór tekstowy:

O! „Kocham” Kraków, bo to nie grzech.

Krótka obrona magistrów sztuki:

Nie jest prawdą, że dobrzy malarze są dlatego dobrzy, że są pouszkadzani. To paskudne pomówienie. Niestety spotkałam się z tego typu zdaniem na temat twórców. Dlatego oburzona, oświadczam: żeby malować profesjonalnie trzeba mieć silne nerwy i bardzo dobry kontakt z własnymi emocjami. Kto nie ma, nie powinien się brać za ten zawód. Tzw. terapia sztuką to coś zupełnie innego. Zaświadczenie niech będzie potwierdzeniem, że byłam sprawdzić.

Krótka podpowiedź jak się regenerować, kiedy się maluje profesjonalnie:

Od czasu do czasu zaaplikować sobie szybkie chodzenie; od czasu do czasu wypić lampkę dobrego wina (dot. osób nieuzależnionych); od czasu do czasu dobrze się wyspać; od czasu do czasu zająć się rozumieniem tekstu, a nie obrazu; od czasu do czasu zrobić sobie opuszkami palców automasaż głowy.

Krótka aprobata dla malarzy malujących amatorsko:

Malarstwo malarzy amatorów jest mało świadome, ponieważ świadomość tego co się robi na podobraziu uzyskuje się w drodze przynajmniej kilkuletniego kształcenia akademickiego, ale niekoniecznie musi malarzowi zależeć na tej świadomości, więc można z całą pewnością wybrać dla siebie malarstwo amatorskie i może to być jak najbardziej świadomy wybór, a nie jakaś życiowa porażka. Malarze amatorzy mogą z powodzeniem sprzedawać swoje prace, ponieważ ich malarstwo jest łatwiejsze w odbiorze. Pozostają jednak w pewnego rodzaju ciemności twórczej, której nie mają malarze profesjonalni.

Krótki utwór tekstowy:

Nawrócenie to życie i zwycięstwo miłości, a drogą do tego zwycięstwa - miłosierdzie. Prawda, że prawda?

21 grudnia 2014 r.

© malarstwo i Ty Renata Kucharska, 2010-2017.