malarstwo i Ty - sztuka z bliska

®

Witam serdecznie! Informację o moim wykształceniu, a więc uzasadnienie mojego świadczenia „usług edukacyjnych w zakresie kultury i sztuki w tym malarstwa” można znaleźć najszybciej na podstronie kwalifikacje, natomiast dane dotyczące mojej działalności gospodarczej można przeczytać na przykład na podstronie oferta.

Flaga Szwecji Flaga Francji Flaga Polski

Rozmaitości: Rozumiem to tak, a Ty?Rozmaitości: nasze eko

Witam serdecznie,

Fotoportret 2016

najpierw, proszę pozwolić, że wyjaśnię, co jest dla mnie ideałem celu artystyczno-merytorycznych oddziaływań. Jest nim rodzaj przestrzeni podążania drogą dającą nadzieję na sytuację, w której: „wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą społem i mały chłopiec będzie je poganiał. Krowa i niedźwiedzica przestawać będą przyjaźnie, młode ich razem będą legały. Lew też jak wół będzie jadał słomę. Niemowlę igrać będzie na norze kobry, dziecko włoży swą rękę do kryjówki żmii. Zła czynić nie będą ani zgubnie działać po całej świętej mej górze, bo kraj się napełni znajomością Pana, na kształt wód, które przepełniają morze”. To jeden z moich ulubionych cytatów z Pisma Świętego. Nie sposób się nim nie przerazić (a propos bardzo potrzebnego „nie lękajcie się”).
- Słuchaj, ty masz chyba chorobę Parkinsona - tak wygląda rozmowa w relacjach takiej pantery z takim koźlęciem.
- Nie, to na pewno nie Parkinson. Tylko właśnie przejaw mojego przerażenia, kiedy rozmawiam z tobą.
Ale cała trwoga mija, jeśli się zauważy różnicę pomiędzy obrazem prawdziwego pokoju, a czymś co się czasem pojawia w reklamach, a ukazuje złożenia jakiś dwóch lub więcej w jakieś dziwaczne jedno, w jakiejś nie do pojęcia graficznej fuzji, prezentując w ten sposób na pewno fałszywą zgodę.
- Ale zauważ, że nie rzucam się na ciebie i nie zagryzam, jak może powinnam - pantera paskudnie się droczy.
- Faktycznie ty cała, ja cały. To nie jest ta „fałszywa zgoda”, o jakiej napisała powyżej autorka naszej rozmowy.
- To w takim razie, jeśli mogę coś zaproponować: róbmy ten pokój.

***

Urodziłam się w 1969 roku w Krakowie. O moich Rodzicach powiem tu tyle: Mama kiedyś świetnie pływała i marzyła o studiach aktorskich, a Tata jest medalistą Polski w saneczkarstwie (brązowy medal w Mistrzostwach Polski Juniorów w 1960 roku i brązowy medal w Saneczkowych Mistrzostwach Polski w 1961 roku).

Choć od wczesnego dzieciństwa chętnie malowałam, najpierw wybrałam się nie do liceum plastycznego, ale do językowego. W X LO zdawałam do klasy z poszerzonym językiem angielskim i tam się dostałam, ale pani egzaminator, która zachwyciła mnie tym, jak sama mówiła po francusku powiedziała, że szkoda i zapytała czy nie chciałabym zmienić decyzji.
- A pani będzie mnie wtedy uczyć? - upewniłam się tylko.
- Jeśli tylko zdrowie pozwoli, tak. Ale nie martw się, raczej pozwoli. Nie planuję chorować. - zapewniła.
- To ja się przenoszę. - nie miałam wtedy żadnych wątpliwości, że dobrze zrobiłam.
- Cieszę się. Nie będziesz żałować. - uśmiechnęła się do mnie pani egzaminator. Zdrowie pani profesor jednak pozwoliło tylko na dwa miesiące uczenia mnie. Pani profesor odeszła na zwolnienie, potem została wizytatorką, a ja kompletnie rozczarowana nową sytuacją zmieniłam... liceum. Trzy lata w VI LO i matura. Zdałam z przygodą. O przygodzie, jak mi się uda, napiszę kiedyś w książce.

Zdecydowałam się zdawać na krakowską Akademię Sztuk Pięknych. Zdawałam na konserwację malarstwa i na wydziale Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki ten kierunek ukończyłam. To jednak - mówiąc bardziej dokładnie - było zwycięstwo rozsądku nad młodością, ponieważ przez cały rok bardzo marzyłam o studiowaniu malarstwa i do podjęcia tego kierunku przez chwilę się przygotowywałam.

Ale zawód konserwatora malarstwa też bardzo polubiłam. Tylko, że już w dojrzalszym wieku. Tego czego się nauczyłam studiując ten kierunek, nie nauczyłabym się na samym malarstwie.

Pracę magisterską, której promotorem była pani prof. Z. Medwecka, obroniłam w 1997 roku. Moja praca zawodowa - konserwacja i renowacja obrazów sztalugowych, ale także różne zlecenia w terenie (te najważniejsze to punktowanie dekoracji malarskiej w kościele garnizonowym w Jeleniej Górze - 1988, punktowanie części fryzu w Sali Turniejowej na Zamku Królewskim na Wawelu - 1992, punktowanie dekoracji malarskiej w Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej w Krzeszowie - 1991 i 2001, uzupełnienia i rekonstrukcje sgraffita na zamku w Krasiczynie - 2001, punktowanie i rekonstrukcja malowideł w kopule kaplicy zamkowej w Krasiczynie - 2004, rekonstrukcja sztukaterii wokół zegara na hotelu Turówka w Wieliczce - 2006) - zawsze była przeplatana chwilami artystycznych poszukiwań, w których tworzywo malarskie stało się najwyraźniejszym narzędziem moich wypowiedzi, choć próbowałam też czasem czegoś innego. W 2004 roku wykonałam projekt i malowidło ścienne w restauracji Sioux (Kraków, Rynek Główny). Kto chce zobaczyć, musi wejść do drugiej sali (za bufetem). Malowidło jest po lewej stronie.

Postanowiłam - na ile się tylko dało - odsuwać od mojej zawodowej konieczności paskudne odczynniki, wybierając do prac przy obrazach metody nie tylko jak najmniej szkodliwe dla obrazów, ale także dla człowieka. Najpierw dlatego, że - zwyczajnie - nie chciałam się truć, a potem bo się zaczęłam uczulać, a reakcja uczuleniowa z czasem okazywała się coraz bardziej dokuczliwa (toluen - według mnie uzależnia i mówiono mi, że może prowadzić do bezpłodności, terpentyna - mówiono mi, że alergen i jeszcze na dodatek co najmniej uzależniacz, metanol - słyszy się czasem o zatruciach metanolem).

Dzięki temu wróciłam do malarstwa. Także dzięki temu, że zrezygnowałam z jogi i z wegetariańskiej diety. Z  diety jeszcze pod koniec 2001 roku, a z jogi w lutym 2003 roku. Co warto tu jeszcze zauważyć? Z wegetariańskiej diety zrezygnowałam, ponieważ uznałam, że nie jest dla mnie tym samym co dieta jarska. Dlaczego z jogi? Z powodów religijnych. Dlaczego dzięki temu wróciłam do malarstwa? Ponieważ znów miałam więcej czasu.

Jesienią 2002 roku, w Warszawie, miała miejsce indywidualna wystawa moich pasteli i obrazów olejnych. Śladem tamtego zdarzenia jest notatka, którą można znaleźć w serwisie artinfo.pl. Jak dotąd to jedyna pozaautorska wystawa mojego malarstwa na jaką się zdecydowałam. Była istotnym momentem na mojej artystycznej drodze. Dzięki niej uświadomiłam sobie, że cenię twórczą niezależność. W czasach różnych relatywizmów jest to dla mnie tym ważniejsze. Dzięki niej uświadomiłam sobie i to, czego już wcześniej uczono mnie na studiach: nie da się umieć wszystkiego. Tym razem dotarło do mnie, że na pewno! wtedy nie znałam się na wystawiennictwie. Nie miałam pojęcia, że aż tak bardzo można wesprzeć malarską twórczość i nawet samego twórcę poprzez umiejętność wybrania dla obrazów właściwego miejsca i oświetlenia. Za to też chciałam bardzo podziękować pani Marii Głodowskiej, która zaryzykowała pokazanie mojej twórczości.

W 2008 roku zrobiłam w Gaudeamusie kurs na przewodnika miejskiego po Krakowie. Do egzaminu organizowanego przez Urząd Marszałkowski w Krakowie podeszłam dwukrotnie. Test zdałam, o ile mi pamięć dobrze podpowiada, w marcu 2010 roku (z tego co się orientuję obecnie od przewodników miejskich nie jest wymagana licencja).

W latach 2010-2013 próbowałam prezentować mój dorobek twórczy przede wszystkim poprzez autorskie wystawy organizowane w Galerii Bliskiej Sztuce (tak planowałam, ale udało mi się przygotować tylko jedną taką wystawę). Na chwilę obecną obrazy moje można oglądać w Internecie, a kupić? Czasem np. na aukcjach charytatywnych organizowanych w Krakowie na rzecz osób dotkniętych autyzmem przez fundację Wspólnota Nadziei. Bywało i bywa, że jakąś część mojej twórczości udostępniałam i udostępniam poprzez spontaniczne, ale niekrzykliwe, a nawet ciche przedsięwzięcia artystyczno-merytoryczne, dla których inspiracje zaczerpnęłam przede wszystkim z tzw. sztuki poczty (marzec/maj 2009 - lipiec 2014 i wciąż), ale nie tylko. Z czego na dzień dzisiejszy mam 100%-ową pewność tylko o jednym przedsięwzięciu, że na pewno się udało: Osoba, do której trafiły trzy moje miniatury malarskie doświadczyła i zdziwienia, i zaskoczenia, i przyjęła mój dar, i zrozumiała sporą ilość sensu mojej sztuki, ale okazało się to możliwe dopiero poprzez rozmowę ze mną, o którą ta osoba sama się postarała, co także było pozytywną odpowiedzią na moje artystyczne zadziałanie i czego oczekiwałam, choć nie wiedziałam kto się zjawi. Dobrze, napiszę i to: chodziło mi jeszcze o rodzaj performance'u, ale "ogołoconego" z obrzydliwości i wynaturzenia. Przyznam się do jeszcze jednej mojej inspiracji: już nie pamiętam jak bardzo dawno zetknęłam się pierwszy raz z twórczością Adama Zagajewskiego. Nie pamiętam już nawet co to był za wiersz, w którym Poeta napisał o Jego mistrzach, którzy mówią szeptem, ale kto wie? Może właśnie stąd się wzięło moje artystyczne pragnienie, aby mówić o sztuce szeptem (tylko proszę tego nie rozumieć dosłownie). Tego mojego zawodowego pragnienia nie usprawiedliwia nic poza drugim moim pragnieniem: nie chciałabym być dla nikogo mistrzem, choć z pewnością chciałam i chciałabym nadal (piszę teraz o moich kursach malarstwa) dzielić się z młodszymi (tego też proszę nie rozumieć dosłownie) moim zawodowo-twórczym jakimś tam doświadczeniem. Bo ja bardzo lubię uczyć. Miałabym jeszcze pewne dopowiedzenie o wartościowym szeptaniu. Kiedy na Farmie Życia było kilka lat temu pewnego bardzo pięknego wrześniowego dnia poświęcenie drugiego domu, to wcześniej była odprawiana Msza św. przez śp. ks. kard. Franciszka Macharskiego. Nawaliły mikrofony. Takiej ciszy jak podczas kazania Księdza Kardynała chyba nigdy wcześniej nie słyszałam, ponieważ była to cisza skupienia. Nie siedziałam blisko ołtarza, ale tam, gdzie byłam, każde słowo, a nawet każda literka były do usłyszenia.

Od roku 2012 podążać śladem mojej twórczości można także poprzez czytanie lub choćby tylko przymierzanie się do czytania moich książek. Nie tylko je piszę, ale też wydaję.

Na prawie koniec dodam jeszcze to, że w czerwcu 2013 roku odebrałam dyplom ukończenia dwuletniego studium duchowości na Karmelitańskim Instytucie Duchowości w Krakowie (KID), co również jest dla mnie dużą radością, a w lutym 2015 roku świadectwo ukończenia studiów podyplomowych „Nauka i Religia” na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie, co też jest dla mnie radością.

Nie napisałam o jeszcze jednym, a chyba już wreszcie czuję się na siłach (mamy dziś 13 września 2017 roku): w latach 2002/2003 podjęłam podyplomowe studia z artterapii na Uniwersytecie Warszawskim, ale po pierwszym roku zrezygnowałam z nich. Powodów było kilka, a wśród nich był i taki: W czasie trwania tych studiów poprosiłam o możliwość podjęcia dobrowolnych praktyk na terenie szpitala psychiatrycznego w Krakowie-Kobierzynie. Pozwolono mi wtedy w czasie ok. 2,5 miesięcy zapoznawać się z metodyką pomagania pacjentom psychiatrycznym i coś tam dla nich czasem poprowadzić. Jednak okazało się i niestety wciąż się okazuje, że ukryta przemoc społeczna jaką się stosuje w środowiskach tzw. ludzi normalnych wobec osób, które kiedykolwiek ośmieliły się skorzystać z pomocy psychiatrycznej jest tej skali, że doszłam do wniosku, że pomagając ludziom w ten sposób, istnieje ryzyko, iż narażę ich na jeszcze gorsze wydarzenia, niż te, z którymi przyszliby na moją artterapię. Żeby było łatwiej zrozumieć co mam na myśli wyjaśnię to analogicznie, na przykładzie minihistorii pewnego bezdomnego, któremu kilka lat temu, w potworny mróz kupiłam jedzenie i picie i dałam coś do opatulenia. Nigdy wcześniej, ani nigdy potem nie widziałam nikogo tak potwornie zbitego! Ukryta przemoc próbuje się chować oczywiście w przypadku.

Ach! Dodam i to: Mam za sobą tzw. drugie nawrócenie. Ponieważ urodziłam się za Żelazną Kurtyną i w tamtych warunkach przeżywałam swoje dzieciństwo, a także część młodości, zajęło mi ono sporo lat. Drugie nawrócenie dotyczy osób ochrzczonych w niemowlęctwie. To sytuacja, w której nastąpiła życiowa pozytywna weryfikacja tego, co zostało dane wraz z chrztem przez rodziców, czyli sytuacja, w której wynikiem okazała się świadoma i dobrowolna decyzja na tak dla religii katolickiej w Kościele Rzymskokatolickim, jeśli w tym obrządku był chrzest i wychowanie. To trzeba dobrze zrozumieć: drugie nawrócenie nie jest decyzją pozostania w wierze rodziców bez względu na to jaka to wiara. Raczej jest opamiętaniem. Tym, do czego zachęca Św. Jan Paweł II w książce Przekroczyć próg nadziei. Skutkiem zreflektowania np. takiego: "Zaraz! Chwileczkę, ale co ja robię z krzyżykiem na szyi w tzw. staniu na głowie na zajęciach z jogi? Przecież jestem katoliczką. Na pewno nie jest grzechem, na pewno nie jest to profanacją ten krzyżyk leżący na ziemi obok mojej głowy? Mam go zdjąć?! Nie! Przecież wolę nie stać więcej na głowie." Od chwili drugiego nawrócenia, dla którego mogę przyjąć w moim życiorysie rok albo 1996, albo 2000, albo 2002, albo hipotezę, że było ono trzyetapowe, uważam się za katoliczkę na drodze nawrócenia, co z całą pewnością jest zadaniem i postawą na całe dalsze moje życie. Bardzo brakuje mi magisterskich studiów teologicznych. Cierpię z powodu tego braku niewymownie.

Renata Kucharska

Krótki utwór tekstowy:

O! „Kocham” Kraków, bo to nie grzech.

Krótka obrona magistrów sztuki:

Nie jest prawdą, że dobrzy malarze są dlatego dobrzy, że są pouszkadzani. To paskudne pomówienie. Niestety spotkałam się z tego typu zdaniem na temat twórców. Dlatego oburzona, oświadczam: żeby malować profesjonalnie trzeba mieć silne nerwy i bardzo dobry kontakt z własnymi emocjami. Kto nie ma, nie powinien się brać za ten zawód. Tzw. terapia sztuką to coś zupełnie innego. Zaświadczenie niech będzie potwierdzeniem, że byłam sprawdzić.

Krótka podpowiedź jak się regenerować, kiedy się maluje profesjonalnie:

Od czasu do czasu zaaplikować sobie szybkie chodzenie; od czasu do czasu wypić lampkę dobrego wina (dot. osób nieuzależnionych); od czasu do czasu dobrze się wyspać; od czasu do czasu zająć się rozumieniem tekstu, a nie obrazu; od czasu do czasu zrobić sobie opuszkami palców automasaż głowy.

Krótka aprobata dla malarzy malujących amatorsko:

Malarstwo malarzy amatorów jest mało świadome, ponieważ świadomość tego co się robi na podobraziu uzyskuje się w drodze przynajmniej kilkuletniego kształcenia akademickiego, ale niekoniecznie musi malarzowi zależeć na tej świadomości, więc można z całą pewnością wybrać dla siebie malarstwo amatorskie i może to być jak najbardziej świadomy wybór, a nie jakaś życiowa porażka. Malarze amatorzy mogą z powodzeniem sprzedawać swoje prace, ponieważ ich malarstwo jest łatwiejsze w odbiorze. Pozostają jednak w pewnego rodzaju ciemności twórczej, której nie mają malarze profesjonalni.

Krótki utwór tekstowy:

Nawrócenie to życie i zwycięstwo miłości, a drogą do tego zwycięstwa - miłosierdzie. Prawda, że prawda?

21 grudnia 2014 r.

© malarstwo i Ty Renata Kucharska, 2010-2017.