malarstwo i Ty - sztuka z bliska

®

Witam serdecznie! Informację o moim wykształceniu, a więc uzasadnienie mojego świadczenia „usług edukacyjnych w zakresie kultury i sztuki w tym malarstwa” można znaleźć najszybciej na podstronie kwalifikacje, natomiast dane dotyczące mojej działalności gospodarczej można przeczytać na przykład na podstronie oferta.

Flaga Szwecji Flaga Francji Flaga Polski

Rozmaitości: Rozumiem to tak, a Ty?Rozmaitości: nasze eko

Nie załamuj się wcale, ale jeśli już musisz, to tylko na chwilę

15. Jeśli ktoś musi sobie na nowo poskładać życie, ponieważ wydarzyło się coś bardzo trudnego, może potrzebować do tego i czasu, i samotności. To powinno się człowiekowi należeć. Wtedy jednak człowiek powinien wyraźnie powiedzieć swoim bliskim czego potrzebuje, ponieważ jeden potrzebuje spokoju i milczenia, a inny jednak od czasu rozmów, więc nie zawsze się uda domyślić (potrzeba, aby się inni domyślili jest ryzykowna, więc w bardzo trudnych sytuacjach dobrze z niej zrezygnować). Po trudnych wydarzeniach potrzeba czasem czasu nawet na to, aby się w ogóle zorientować czego potrzeba, aby się szybko pozbierać. Zupełnie niepotrzebne jest myślenie i cierpienie wynikające z myślenia, że ktoś się odsuwa na samotność, ponieważ skończyła się jakaś miłość (przecież miłość nie ustaje). Prawo do samotności w małżeństwie jest bezcenne. Myślę, że wiele małżeństw przetrwałoby kryzys, gdyby obdarzyło się prawem do samotności. Dla kogoś kto się zbiera w milczeniu i w samotności (a ktoś może się tak zbierać z natury swojej, czyli dlatego, że takim go Pan Bóg stworzył), rozmowy będą dodatkowym obciążeniem. Dla kogoś takiego psychoterapia będzie życiowym nokautem. Dla kogoś kto jest zupełnie inny, powalające okaże się milczenie i samotność. Nawet po to, żeby umieć się obronić przed nieumiejętną pomocą dobrze jest poznać siebie (widzę co najmniej tyle sposobów na poznawanie siebie: rozwój, psychoterapia, wsparcie rozmową, wsparcie obecnością, samotność i milczenie, modlitwa i sakramenty na drodze autentycznego nawrócenia [do rozeznania we własnym sumieniu]).

14. Nie jest sztuką to co za pomocą artystycznych środków wyrazu człowieka niszczy, ponieważ to co bywa czasem zadane człowiekowi z nazwą "dzieło sztuki", ale po to, aby człowieka niszczyć nie mieści się nie tylko w nawet najszerzej pojętej ludzkiej wrażliwości, ale też w żadnej poważnej definicji sztuki. Sztuka jednak buduje, podnosi z nędzy, kieruje w stronę obiektywnego dobra i nigdy nie jest dosłowna.

13. Dlaczego dobrze jest choć odrobinę poznać siebie? Ponieważ czasem może się zdarzyć taka sytuacja, że jest się ze swej natury jak najszlachetniejsza, ręcznie zdobiona, porcelanowa filiżanka, ale nie wiadomo czemu postawiona wśród kamionkowych garnków na zsiadłe mleko. To czasem jest sytuacja, w której tylko jakieś zorientowanie w tym, że nie dość, że się do tych kamionek nie pasuje, to jeszcze na dodatek delikatnej filiżance grozi od nich stratowanie, może uratować. Nie mówiąc już o tym, że kamionkowe garnki mogą cały czas dręczyć filiżankę, że nie jest kamionką. Jeśli porcelanowa filiżanka da się przekonać, że jest zła, bo zupełnie i do niczego nie pasuje, ponieważ nie jest kamionką, będzie tylko płakać i płakać, a tak naprawdę powinna zacząć krzyczeć „ratunku”, aby ktoś ją jednak usłyszał i z tej półki nie na porcelanę szybko zabrał tam, gdzie będzie już na swoim miejscu. Na półce z porcelanowymi filiżankami jest już zupełnie inaczej. Tu każda porcelanowa filiżanka wie, że jest delikatna i krucha, i że to nie jest złe. Każda zna swoją własną wartość i prawdziwe piękno. Nie ma tu ani zazdrości, ani zawiści.

12. Kiedy wszystko zaczyna być pod kontrolą, miłości naprawdę grozi śmierć. Znika serdeczność, przyjaźń, nawet spontaniczność (choć gesty, mimika twarzy, tzw. dobre wrażenie pozostają wtedy bez zmian), a pojawia się jakiś koszmarny społeczny, nie wiadomo czemu w niczym nie zawodzący jakby „super” mechanizm. Na co nam wtedy przychodzi liczyć? Dochodzę do wniosku, że wcale nie tylko na przypadek, ponieważ jeszcze też na ludzką słabość, czyli na to, że człowiek jednak okaże się... człowiekiem, więc jego uśmiech tylko nieczęsto będzie pustym gestem, ale zazwyczaj oczywistą prawdą. Nie wiem na 100% czy to co tym razem napisałam ma sens. Osobiście mam wrażenie, że tym razem trochę bredzę, ale po tym naprawdę błogosławionym wyrzuceniu ze mnie perfekcjonizmu, za który już tyle miesięcy noszę w sercu prawdziwą wdzięczność, okazuje się, że tak właśnie czasem bredzę. Ale co mogę tu dodać? Naprawdę dobrze jest żyć ze świadomością, że doskonałość nie równa się perfekcjonizmowi. Dzięki temu można sobie w życiu spokojnie i bez lęku dążyć właśnie do doskonałości. Jeśli jednak człowiek zostanie kompletnie „znormalizowany”, nie zrozumie więcej sztuki nawet, jeśli będzie mu się wydawało, że już wie o co w niej chodzi, ponieważ był już we wszystkich najważniejszych galeriach świata i będzie ją miał na ścianach, i będzie o nią nawet systematycznie pytał jakiś ludzi, którzy się będą podawać za krytyków sztuki, a potem będzie o niej nawet codziennie czytał (prawdziwych krytyków też wtedy zabraknie, bo nie będzie czego komentować). Nic nie zrozumie. Może tyle po latach trudów zrozumie, że jednak faktycznie nie rozumie. Oczywiście, że można żyć bez sztuki, ale na pewno nie jest to życie szczęśliwe, a jedynie po prostu możliwe. Takie „znormalizowanie” w społeczeństwie jest tym czym zmanierowanie w malarstwie, czyli sytuacją kiedy za dużo jest formy, a za mało treści i to tylko dlatego, że wydaje się, iż już nic się nie da wymyślić. Manieryzm jest według mnie graniczny (ma swoje bardzo dobre strony i unikalne piękno), natomiast chyba dobrym przykładem na tego rodzaju kryzys byłoby rokoko (pojawiają się wtedy jakieś ślepe uliczki: parkowe huśtawki zamiast mówienia w porę o gorzkiej prawdzie o człowieku jak w malarstwie A. Brouwera [1605-1638], koronki głupich panien w miejsce niebywałego kunsztu portretowego malarstwa D. Velazqueza [1599-1660], a potem listki [jak ich jest na malowanym drzewie bardzo dużo, to całe szczęście, bo przynajmniej jest co robić przez co najmniej kilka tygodni, zwłaszcza że trzeba je przecież dokładnie wycieniować], zamiast listków i talentu... Rembrandta [1606-1669]).

11. Światopogląd chrześcijański da się rozeznać w relacjach międzyludzkich np. zauważając jak się jest przyjętą/przyjętym po autentycznym nawróceniu. W chrześcijaństwie odnajdujemy prawdziwą radość z powrotu nas, czyli jakiegoś marnotrawnego syna lub jakiejś córki, i świętowanie z tej okazji. Tak bardzo to jest charakterystyczne, że nawet można i warto tej radości się spodziewać. W relacjach niechrześcijańskich jest coś zupełnie innego: zmywanie podłóg za karę i żeby znów zapracować na ludzką przychylność, bo dosłownie wszystko jest jakoś przeliczone i wycenione (zupełnie nic nie ma za darmo, bo nawet łaska Boża nie ma jak się przedostawać), a czasem nawet „okrutna” postawa mówiąca: „A co tu znów robisz? Przecież miało cię tu nie być”. „Okrutna”, ale daje nadzieję na wydostanie się: „Faktycznie. Tu miało mnie nie być. No to już mnie nie ma”. Jeśli się więc spotykamy z taką postawą, a mamy spokojne sumienie co do tego, że na pewno daliśmy świadectwo (i to mocno podparte rozumem) naszego nawrócenia, to znaczy, że jeszcze trzeba się bardziej o coś postarać, że czegoś jest jeszcze za mało. Czego? Możliwe, że modlitwy. Jeśli braknie tej postawy radości z nawrócenia jakiegoś grzesznika, to co się stanie np. z tym człowiekiem, który właśnie z powodu nawrócenia zostawił „przyjaciół”, więc nie ma dosłownie nikogo, czyli jest jak prawdziwy żebrak? Do kolegów od np. alkoholu nie wróci, bo znów zacznie pić, więc zniszczy swoje nawrócenie, a wcale tego nie chce, ale jeśli ci, na których liczy powiedzą mu, że pijak, bo przecież widać (marskość wątroby czasem widać na twarzy), więc niech sobie idzie do tych swoich kolegów, to gdzie on ma iść? Przytuliska chyba pełne są nawróconych, ale to, że tak jest, że nawróceni zapełniają przytuliska, to jest chyba grzech cudzy. Na pewno tak być nie powinno. Na razie jednak okazuje się, że wcale nie trudno być najbardziej podobnym do Pana Jezusa właśnie jako bezdomny. Warto, choćby na jeden dzień, zostać takim bezdomnym. A potem następnie co warto, to zobaczyć prawdziwego bezdomnego, który zanim usadowi się do żebrania, idzie na modlitwę przed Najświętszy Sakrament. No bo niby skąd ma mieć siłę na takie codzienne upokorzenia? Musi się wcześniej pomodlić.

Nawrócenie ma zupełnie inną dynamikę, niż negocjacje. Nawrócenie to jasna sprawa, skąd czerpie się siły do życia. To jest bezcenne. Nawrócenie w Kościele Rzymskokatolickim to także jakiś rodzaj dużej odwagi, ponieważ w tym miejscu drogi duchowej już nie ma wyżej (choć podejmuje się bardzo poważny i piękny pielgrzymi szlak), więc człowiek na drodze nawrócenia wydaje się w ręce tych ludzi, od których już nie ma dokąd odejść. Już zupełnie nie ma dokąd odejść, ponieważ w tej sytuacji odejście oznacza głupotę. Dlatego tu już nie sposób nie przyjąć jakiejś porcji cierpienia. Chyba, że się człowiek drugi zlituje. To wtedy będzie ulga w cierpieniu, czyli pomoc od św. Ojca Pio. Co to znaczy konkretniej? Prawdziwą pielgrzymkę do San Giovanni Rotondo. Trzeba rzeczywiście tam pojechać, żeby pojąć więcej sensu tego akapitu.

10. Czy da się temat wydostawania ze światopoglądu New Age i jakiś jego pojęciowo trudnych do uchwycenia aktualizacji krótko podsumować dla osób, które z jakiegoś powodu jeszcze nie czytały mojej na ten temat książki i wyjaśnić dlaczego na pewno należy się z tego nie tylko wydostawać, ale też zupełnie wydostać? Tak, da się to zrobić i to nawet w dużym skrócie myślowym. Po wielu latach zastanawiania się nad tym na czym polega ten rodzaj duchowego zagrożenia, doszłam w końcu do wniosku, że na tym, iż choć faktycznie ruchy te mają cechy zaangażowania religijnego (wiara w jakieś energie), a za cel stawiają sobie oczywiste dobro (pokój na świecie i własne szczęście), to jednak dążą do tego celu błędną drogą magicznego myślenia (które to myślenie wcale nie jest łatwe do rozpoznania, jeśli potrafi się wkręcić nawet w jakiś rodzaj badań naukowych, diagnostycznych, terapeutycznych, w relacje, a nawet w rozumienie modlitwy), odrzucania miłości (czyli pośrednio też środowiska wolności, bez którego miłość umiera) i zastępowania jej użyciem (czyli przeróżnymi upokorzeniami, które okazują się nie tylko materiałem do pracy nad sobą, ale w skrajnych sytuacjach niestety drogą do bardzo poważnych zniewoleń [przykład: chłopak, którego rzuciła dziewczyna wcale nie próbuje się dowiedzieć dlaczego to zrobiła i jak o nią jeszcze mógłby zawalczyć lub jak najmniejszą szkodą dla siebie i rodziny przeżyć to rozstanie, ale idzie pić, a po piciu idzie do wróżki, a po kilku latach okazuje się, że zostaje alkoholikiem i np. bioenergoterapeutą, który ma jakieś przerażające moce, po kontakcie z którymi już można tylko do księdza egzorcysty udać się po ratunek]), i wiary w oszczerstwa na temat wszelkich religii tzw. egzoterycznych, czyli tych, które realizują swoją pełnię w obszarze i duchowym, i instytucjonalnym. Sprawa jogi, przy dokładniejszym oglądzie, jest jeszcze czymś innym, ponieważ tak naprawdę to nie jest rodzaj fitnessu (to co się nazywa jogą, a jest rodzajem fitnessu, nie jest jogą, a właśnie rodzajem upokorzenia w typie New Age), a rodzaj ascezy i to w innym, niż chrześcijański, systemie religijnym. Filozoficzna struktura jogi też pozwala na odrzucenie magicznego myślenia. Jakieś dobra, jakieś uzdrowienia i tam się dostaje, ale to co tam, właśnie nie jest chrześcijaństwem, tylko jogą, więc tu, czyli my, ludzie ochrzczeni, czyli dla nas, ludzi ochrzczonych, chodzi tu o wybór, o autentyczne opowiedzenie się (o to chodzi co w duchowości karmelitańskiej nazywane jest drugim nawróceniem: zrozumienie w Kogo i Komu się wierzy, i wypowiedzenie Panu Jezusowi, już w miarę trzeźwego tak [od razu jeszcze podpowiem, że to „tak”, to jest - mówiąc dokładniej - „tak, chcę”, a nie kolejne magiczne myślenie; dlatego magiczne myślenie jest do odrzucenia, ponieważ z tego bierze się dużo szkody, a tylko w najłagodniejszych przypadkach - nic się nie bierze, ale jak nic się z czegoś nie bierze, to też jest niedobrze, gdyż właśnie chodzi o to, aby dobra było coraz więcej]), a potem o wierność, a jak wybieramy wierność, to nie idziemy na jogę (data wpisu: 27 kwietnia 2016 r.).

Ale co na pewno jest jeszcze niebezpieczne na jodze, a wydaje mi się, że mogę tu napisać, to sytuacja uczenia ćwiczących, praktykujących ją ukrywania oznak cierpienia i to na dodatek w prawdziwym estetycznym pięknie ludzkich ciał. Naprawdę na jodze cierpi się ból (fizyczny, a bywa, że też duchowy), a w czasie tych cierpień uczy się jak zachować przy tym piękną twarz. Osoba, która się tego nauczy może po nawróceniu mieć bardzo poważne problemy z wyrażeniem jakiejkolwiek informacji o tym, że cierpi, a to oznacza, że może kiedyś okazać się pozbawiona naturalnej zdolności proszenia o pomoc, kiedy jej rzeczywiście będzie potrzebowała, np. w starości. Naturalne jest to, że jakieś przejawy bólu są jednak w człowieku widoczne, a nie, że nic nie widać. Tak samo przejawy uczuć i emocji - z perspektywy natury - mają być choć w jakiejś odrobinie widoczne (m. in. dlatego o prawdziwym zakochaniu można sobie milczeć). Naturalnym sygnałem, że ktoś może jest słabszy, są np. siwe włosy, których teraz wcale nie widać za wiele, ponieważ kładzie się na nie różne farby, ale to naprawdę zmyła. Ale przecież one nie tylko potrafią być przejawem mądrości, prawdziwym pięknem, ale też mówią o tym, że jak mam ponad 45 lat, to mam pełne prawo czuć się słabsza, niż ten cały wysportowany świat, a jeśli mi się wydaje, że nie, to zaraz spojrzę w lustro i jednak postaram się o tym pamiętać. No i niech mnie pocieszy zauważony fakt, że jednak ludzi dojrzałych z uwidocznionymi siwymi włosami mniej spotyka przykrości na co dzień.

Podpowiedź dla osób wydostających się z jogi po kilku latach intensywnego treningu: pływanie, bieganie może czasem nie wystarczyć. Jeśli dalej człowiek odczuwa jakby samoistną pracę mięśni do wewnątrz ciała, trzeba naprawdę zdecydować się na jakąś sytuację fizycznego ciągnięcia tych swoich biednych mięśni na zewnątrz ciała. Można do tego użyć psa. Jeśli się do tego chce użyć psa, to trzeba się zdecydować na takiego, który będzie na spacerach ciągnął, a ciągnąć musi co najmniej kilka lat. Psy z predyspozycjami do idealnego posłuszeństwa nie nadają się do tego rodzaju pomagania człowiekowi. Wydaje mi się, że mogą się zdarzyć sytuacje, że już nic innego nie pomoże, ale to pomaga na 100%, więc proszę się nie przerażać, tylko się powolutku ratować!

Podpowiedź dla osób, które nie tylko chcą przestać ćwiczyć jogę, ale też podjąć drogę nawrócenia, czyli chcą odejść od tego co niechrześcijańskie poprzez sakramentalną spowiedź: może się wydarzyć po spowiedzi usznej z jogi sytuacja wymiany duchowych sił. Najprawdopodobniej Pan Jezus w ten sposób zabiera duszy, która tego chce (w tej sytuacji można uznać, że dusza tego, który to uznaje rzeczywiście czegoś chce tylko wtedy, gdy świadomie i dobrowolnie mówi Panu Jezusowi w modlitwie, że tego właśnie chce), nie Jego systemy wsparcia. Powinno to być wyraźnie nie tylko odczuwalne, ale też widoczne (może nie być jak obejść się bez dłuższego czasu duchowej rekonwalescencji [naprawdę co najmniej kilka lat]). Ale to nie jest depresja, ponieważ to nie jest apatia. Radość życia pozostaje tu bez zmian.

9. Psychoterapeutyczna szarlataneria (czyli ci ludzie, którzy zapraszają do swoich gabinetów na jakieś rzekomo psychoterapeutyczne sesje, a nie mają do tego żadnych potwierdzonych przez osoby do tego upoważnione kwalifikacji) nie dość, że rujnuje swoim ofiarom życie, to jeszcze bierze za to od nich ciężkie pieniądze.

8. Aby ten rodzaj leczenia duszy jakim są niektóre dobre psychoterapie rzeczywiście zadziałał musi się pojawić jakiś rodzaj uczuciowej więzi, pomiędzy terapeutą, a osobą w terapii. To jest po to, aby osoba w terapii miała siłę przypominać sobie zdarzenia ze swojej przeszłości (w tego typu relacji nie ma żadnej hipnozy, a skutek uboczny jest taki, że się potem bardzo dobrze pamięta swoją trudną przeszłość), które jej uniemożliwiają normalne życie. Co może być tego typu zdarzeniem? Np. zapamiętany obraz gwałtu, który mała dziewczynka zobaczyła przypadkiem w telewizji uniemożliwia potem sakramentalnej żonie sakramentalnego męża zajść w ciążę, ponieważ zamiast doświadczać miłości małżeńskiej doświadcza horroru przypominania sobie tamtego wydarzenia właśnie w tym momencie, w którym np. ma dni płodne. Jednak po leczeniu poprzez psychoterapię musi dojść do rozstania osoby, która była w terapii z jej terapeutą. Dlaczego? Ponieważ jak zobaczy po latach swojego terapeutę, to istnieje ryzyko, że znów zacznie sobie przypominać tamten przeszły horror i będzie cierpieć nawet, jeśli już jest matką nawet piątki dzieci. Oczywiście jest to jakieś ograniczenie terapeutycznych możliwości, ale natura ludzka jest ograniczona, ponieważ Wszechmogący jest tylko Pan Bóg. Dlatego osoby, które są psychoterapeutami, jeśli zaczną bywać w przestrzeniach życia swoich byłych klientów, przestaną im pomagać, a będą jak rozdzieracze ich już dawno i dobrze zagojonych ran. W tej perspektywie psychoterapeuci powinni zdać sobie sprawę z ograniczeń ich zawodu. Czym innym jest duchowe kierownictwo, a czym innym psychoterapia (a jeszcze czym innym łapanie nowych klientów na fotel, żeby jeszcze coś zarobić). W jakimś zestawieniu przeróżnych ofert lepszą może się okazać psychoterapia, która dokładnie określa swoją metodę, niż taka, która proponuje niejasną relację, ale za to z odniesieniem religijnym. Tym bardziej, że kto na poważnie podejmie drogę wiary, nadziei i miłości (co uwidacznia się jako np. droga modlitwy, sakramentów i jakiegoś rodzaju posługi wobec potrzebujących) zauważy, że nie będzie się musiał łapać żadnej psychoterapii (a więc i bólu rozstań z tymi, których polubił, nie będzie musiał podejmować), ponieważ sprawy, z którymi można się wybrać na psychoterapię równie dobrze można rozwiązywać w modlitwie adoracyjnej (mówiąc dokładniej: przed Panem Jezusem w Najświętszym Sakramencie). W Kościele nie milczymy o tym co nas boli, bo byśmy chyba pękli, ale - na bieżąco - zanosimy te sprawy Panu Jezusowi i - fakt, że różny jest czas dla różnych spraw - wiemy z własnych doświadczeń, że i tym razem i każdym następnym mamy duże szanse na ich pomyślne załatwienie. W każdym razie tu dałoby się jeszcze coś rozróżnić: psychoterapie zajmują się leczeniem uszkodzeń, które są skutkami jakiś uszkadzających zdarzeń, natomiast zaburzeniami psychicznymi, czyli tym co nie ma uzasadnienia, a występuje zajmują się psychiatrzy. Inną już sprawą jest dookreślanie tego, co naprawdę nie ma uzasadnienia, ale na pewno powołanie do życia kontemplacyjnego nie jest chorobą psychiczną! Takie powołanie nie dotyczy tylko kobiet. Jak ma to rozpoznać psychiatra ateista?

Za psychoterapię uważam, że można brać pieniądze, ponieważ to jest opłata za kompetencje, jasne określenie metody i konkretny czas pracy. W pewnym sensie jest to stawka godzinowa, a nie za dzieło. Nie ma relacji mistrz-uczeń w prawdziwej psychoterapii.

Nie może wydać złe drzewo dobrego owocu. To znaczy, że nie ma jak się udać psychoterapia budowana na jakimś rodzaju magicznego myślenia. Jeśli się myśli, że przypadek zagwarantuje psychoterapeutyczny sukces, to właśnie byłby to przykład na błąd magicznego myślenia. Tego typu sukces zapewnią natomiast kompetencje. A te bierze się z konkretnego przygotowania, w którym pomaga też jakiś rodzaj specjalizacji. Przykłady: ktoś zajmuje się wsparciem dla osób w żałobie i pomocą w jej zakończeniu, ktoś inny zajmuje się ratowaniem małżeństw, ktoś jeszcze inny zajmuje się wyciąganiem ofiary z uzależnień od alkoholu itd. W każdym razie ma być wiadomo kto czym w pomaganiu się zajmuje.

Fotoportret 2016

Jeśli chodzi o jakieś prace w relacji na grupie psychoterapeutycznej, to miałabym tu do powiedzenia np. coś takiego: nie jest według mnie pracą w relacji sytuacja, w której osoba poproszona do pracy zgadza się, żeby być w jakiejś roli, np. w roli mamusi osoby, która chce popracować, a następnie przez kilka minut wysłuchuje takiej wiązanki przekleństw i takich wrzasków (i to przy terapeucie, który wcale tego potoku wyrażeń nie przerywa), że już nie będzie tego w stanie zapomnieć może nawet do końca życia (chyba, że się pójdzie leczyć). Przecież, ale i na szczęście, już zawsze będzie współczuła tej matce, ale też i fakt, że cierpienia jej już na długo wystarczy (takie szybkie zużycie dobrze zapowiadającego się człowieka). Przecież to żywy człowiek wysłuchuje, a nie beton! To powinno być jasno określane przed pracą co wolno zrobić "eksponatowi" jak się z nim chce pracować, bo niby skąd ludzie w grupie mają to wiedzieć?

Jeśli ktoś planuje psychoterapię dobrze jest w tym celu na jakiś czas przeprowadzić się i to dość daleko od swojego stałego miejsca zamieszkania, aby potem można było bez problemu wrócić na tzw. stare śmieci i nie obawiać się przez następne lata życia spotkania ze swoim byłym terapeutą. To jest dobre także dla osób, które chcą podjąć psychoterapię po to, aby potem uczyć się tego zawodu. Własna psychoterapia jest w takich sytuacjach obowiązkowa.

Żeby te akapity w punkcie 8 już podsumować, tylko zauważę, że gdziekolwiek człowiek akurat się znajduje, dobrze jest nawrócić się właśnie z magicznego myślenia, czyli z tego wszystkiego co nie bierze się z wiary, ale z oczekiwania jakiegoś rodzaju mocy z tego co jej nie ma jak dać i to po to, aby pogardzić tym co zwykłe, zrozumiałe lub piękne (data wpisu: 22 i 23 kwietnia 2016 r.)

7. Na dzień dzisiejszy, czyli 3 lipca 2015 roku ten straszny temat, do którego próbują sięgać niektóre psychoterapie widzę tak (to jest już ten tekst, o którym wspomniałam w punkcie 6): jeśli jakaś najnormalniejsza na świecie mała drzazga (ok. 1-2 mm) utkwi w kobiecej dłoni lub stopie tak, że aby ją wyjąć trzeba sobie zadać sporo cierpienia (już nawet przez to wydłubywanie tej drzazgi jest z tego powodu zrobiona igłą ranka aż do krwi) i nie tylko się teoretycznie da, ale się rzeczywiście podejmuje decyzję, żeby się ta ranka pod plastrem, razem z tą drzazgą najpierw odrobinę zagoiła i to nie powoduje niewyobrażalnych cierpień, tylko jest w sumie obojętne, czyli po zdezynfekowaniu i zaklejeniu plastrem zapomina kobieta o tym na co najmniej kilka godzin, to w sferze tej najdelikatniejszej najprawdopodobniej ta kobieta nie ma uszkodzeń wcale lub już się wszystko szczęśliwie zagoiło. Co do tego trzeba koniecznie dodać? Drzazga musi się wbić autentycznym przypadkiem (to jest ten rodzaj przypadku, który nie ma nic wspólnego z magicznym myśleniem; chodzi w nim o to, że da się dzięki niemu wykorzystać taką bzdurną przykrość jaką jest wbicie małej drzazgi, co się dzieje dość często, jeśli się zajmujemy pracami ogrodowymi np. na działce, do przyjrzenia się sobie na poziomie mniej idiotycznym, a nawet całkiem poważnym [data wpisu treści w nawiasie: 25 kwietnia 2016]). Dodam tu na wszelki wypadek jeszcze oczywistość: to miejsce z drzazgą pozostawia się do odrobinę zagojenia, żeby za chwilę wyjąć tę drzazgę (już bez takich cierpień i bez ryzyka dużego zakażenia).

Dodatek z dnia 27 kwietnia 2016 roku: osobom, które w jakiś sposób zostały we wczesnej młodości zranione przez wyśmiewanie się z nich np. z ich grubości, albo przez nadanie głupiego przezwiska co wydaje mi się, że może dawać w dorosłym życiu nieśmiałość w relacjach, bardzo i autentycznie polecam przyjaźń z porządnym psem. Pies nauczy ile jest w naturze niewinne i jak się powinien człowiek ucieszyć człowiekiem jak go już wreszcie zauważy, ponieważ pies jest zwierzęciem i nie jest złośliwy, ani nawet nie jest wredny (to, że niektórzy tak myślą o psach, jest dla tych zwierząt krzywdzące), za to czasem pies bywa chory (przykład: jeśli dorosły pies zaczyna sikać w domu, a dotąd tego nie robił, to nie znaczy, że postanowił się zemścić na swojej właścicielce, za to, że go zostawiła na wiele godzin samego, ale że właśnie ma np. zapalenie pęcherza moczowego). Oczywiście potrzeba tu trudu. Potrzeba tu szanowania nawet psa, więc jak taki pies wyląduje za jakiś czas w schronisku, to sprawa się nie uda, bo to żadna przyjaźń wyrzucić przyjaciela na śmietnik. Konieczne jest też zwykłe lubienie zwierząt. Nie może być mowy o jakimkolwiek krzywdzeniu. Chodzi więc o psa do towarzystwa. Polecam następujące rasy do takich zadań: barbet, australian silky terrier, labrador, sznaucer, pewnie też i westie. Natomiast nie polecam jamników (b. trudne psy myśliwskie). W każdym razie jakakolwiek rasa, a nawet wyjątkowej urody kundelek na pewno wykaże, że naturalna serdeczność nie przychodzi z trudem.

6. Bywają takie sytuacje, w których osoba poszkodowana dobrze pamięta bolesne zdarzenie, ponieważ jego niszcząca siła była tak duża, że pamięć o nim przedostała się do teraźniejszości i deformuje postrzeganie rzeczywistości, rastruje ją. Czy należy to przepracowywać w relacjach rodzinnych? Raczej nie. Przecież wiadomość o tym co się kiedyś wydarzyło mogłaby się okazać szokiem dla najbliższych. Wtedy do psychoterapeuty idzie się z miłości do najbliższych i to jest bardzo dobry powód, aby skorzystać z pomocy profesjonalisty. Tu chodzi o coś podobnego jak w przypadku zasady lekarskiej, że rodziny się nie operuje. Powinien operować ktoś emocjonalnie nie zaangażowany. Inna sprawa, że nie wiadomo jak w sposób pewny rozpoznać profesjonalistę. Nie wiadomo dlatego, że nie ma za bardzo jak walczyć o siebie w sytuacji, kiedy coś się nie uda. Ale ze zwykłą drzazgą do chirurga się nie idzie, bo nie na takiej potrzeby. Dopowiedzenie dla niektórych ofiar (nie oferm tylko poszkodowanych): pisząc "drzazga" mam na myśli "zwykłe" skaleczenie z udziałem jakiegoś ciała obcego w przestrzeni duszy i nic innego. Nie chodzi mi tu o uszkodzenia, które się kojarzą z Freudem. Jeśli znajdę sensowny sposób pisania i o tym, to też spróbuję, ale to jeszcze nie ten tekst.

5. Żeby zrozumieć ile nieprojekcji jest nazywane projekcjami trzeba poczytać z miłością w sercu wypowiedzi Pana Jezusa (najlepiej w Biblii Tysiąclecia, bo wiadomo, że dobra) i odrobinę się nad nimi zastanowić. To zrozumienie nie musi przyjść łatwo i szybko, ale w końcu powinno.

4. Psychoterapeuta lub psychoterapeutka ma odblokowanej miłości osobie, której pomaga nie brać na siebie, bo to jest kradzież cudzej własności, a skierować je na właściwe miejsca, czyli do relacji w normalnym życiu. Dopiero to jest prawdziwy koniec jakiegoś tematu. I za to uważam, że można zapłacić. To co tu napisałam to owoc mojego zastanawiania się nad psychoterapią przez ostatnie 14 lat (dziś mamy 9 grudnia 2014). Dodatek z 10 grudnia tego samego roku: z płaceniem byłby jeden wyjątek. To ukierunkowanie miłości nie może być z łaski nadprzyrodzonej. Na dzień dzisiejszy nie wiem w sposób, który dałby się opisać jako dowód skąd się bierze tego typu umiejętność i czy na pewno da się coś takiego zrobić w ramach natury, choć wydaje mi się, że tak. Ale jeśli jest obawa, że nie, to trzeba koniecznie to wziąć do rozeznawania w aspekcie czy się nie podchodzi pod symonię przez udział w transakcji dotyczących dóbr nadprzyrodzonych lub czy to nie są jakieś cudowności o w ogóle wątpliwej proweniencji. Dla spokoju sumienia warto to rozeznać.

3. Ale na psychoterapię do kogoś kto jest na pewno sprawdzony i godny zaufania też warto czasem pójść. Jeśli zależy Ci, aby Twoja miłość do kogoś nie zatrzymywała się na cudzych grzechach, których ktoś się kiedyś dopuścił wobec Ciebie, wtedy warto. To może nawet uratować Twoje małżeństwo. Nie wiem tylko skąd wziąć takich psychoterapeutów, którym by można aż tak zaufać. Nie polecę Ci nikogo. Szukać musisz na własną rękę i na własną odpowiedzialność. I to jest na pewno ogromne ryzyko.

2. Dobrze jest bać się uwiedzeń. Dlaczego dobrze jest bać się uwiedzeń? Ponieważ uwodzenie to jest jakiś sposób mówienia drugiemu, że się go na pewno nie kocha, ale z pewnością chce się go użyć, a uwiedzenie - już gotowym zniewoleniem osoby sprowadzonej do przedmiotu, z którego ta osoba powinna się ratować na własną rękę lub z pomocą bliźnich. Jaki to może być sposób mówienia drugiemu, że się go na pewno nie kocha? Ano np. taki, kiedy ktoś, kto podaje się za terapeutkę/terapeutę poprzez oczywiste sygnały "mówi", że kocha, ale "mówi" to podczas sesji, za którą adresat/adresatka tych sygnałów potem słono płaci.

1. Warto nie bać się stanu zakochania. To się po prostu co jakiś czas zdarza i jest zwykle sprawą zakochanego/zakochanej. Można o tym nawet nikomu nie mówić. Świadczy o jakiegoś rodzaju zachwycie drugim człowiekiem. Zakochanie nie jest pragnieniem zawłaszczenia.

No, nie załamuj się, ale jeśli Ci się to przydarzy, nie zaprzeczaj przed sobą, że to się stało, bo będzie gorzej. To się przydarza i trzeba sobie z tym jakoś poradzić. Wiem, Tobie jest tak źle, że możesz spokojnie powiedzieć: "Ja nawet nie jestem wśród tych wykluczonych społecznie" i potem się rozpłakać. Najważniejsze to w ogóle zobaczyć powód z jakiego jest Ci aż tak źle. Załamanie ogólne na nic się nie przyda. Można od razu z niego zrezygnować,

R.K.

Krótki utwór tekstowy:

O! „Kocham” Kraków, bo to nie grzech.

Krótka obrona magistrów sztuki:

Nie jest prawdą, że dobrzy malarze są dlatego dobrzy, że są pouszkadzani. To paskudne pomówienie. Niestety spotkałam się z tego typu zdaniem na temat twórców. Dlatego oburzona, oświadczam: żeby malować profesjonalnie trzeba mieć silne nerwy i bardzo dobry kontakt z własnymi emocjami. Kto nie ma, nie powinien się brać za ten zawód. Tzw. terapia sztuką to coś zupełnie innego. Zaświadczenie niech będzie potwierdzeniem, że byłam sprawdzić.

Krótka podpowiedź jak się regenerować, kiedy się maluje profesjonalnie:

Od czasu do czasu zaaplikować sobie szybkie chodzenie; od czasu do czasu wypić lampkę dobrego wina (dot. osób nieuzależnionych); od czasu do czasu dobrze się wyspać; od czasu do czasu zająć się rozumieniem tekstu, a nie obrazu; od czasu do czasu zrobić sobie opuszkami palców automasaż głowy.

Krótka aprobata dla malarzy malujących amatorsko:

Malarstwo malarzy amatorów jest mało świadome, ponieważ świadomość tego co się robi na podobraziu uzyskuje się w drodze przynajmniej kilkuletniego kształcenia akademickiego, ale niekoniecznie musi malarzowi zależeć na tej świadomości, więc można z całą pewnością wybrać dla siebie malarstwo amatorskie i może to być jak najbardziej świadomy wybór, a nie jakaś życiowa porażka. Malarze amatorzy mogą z powodzeniem sprzedawać swoje prace, ponieważ ich malarstwo jest łatwiejsze w odbiorze. Pozostają jednak w pewnego rodzaju ciemności twórczej, której nie mają malarze profesjonalni.

Krótki utwór tekstowy:

Nawrócenie to życie i zwycięstwo miłości, a drogą do tego zwycięstwa - miłosierdzie. Prawda, że prawda?

21 grudnia 2014 r.

© malarstwo i Ty Renata Kucharska, 2010-2016.